Zmiany, na które nie masz wpływu

Są stałą częścią naszego życia. Dla jednych łaskawie, dla innych nie. Przeważnie burzą świat i wywołują zamęt w naszej idealnie zaplanowanej przyszłości. Nagłe i niepożądane są przekleństwem dla większości, czasami paraliżują i obezwładniają. Wywołują lęk. Zmiany…. Dziś kilka przemyśleń mojej dobrej Koleżanki. Mniej o zarządzaniu, bardziej o życiu, choć na końcu spięte klamrą, która w zasadzie pozwala przenieść pewien rodzaj podejścia do zmian na każdy grunt.

Gdy wszystko się zmienia…

Pamiętam moment, kiedy wszystko się zmieniło. Słońce wzeszło, jak każdego innego dnia, pogoda bez zarzutu, nie zapowiadała żadnych zmian na gorsze. Ludzie wokół dokądś się spieszyliniektórzy czekali na autobus, inni stali w korku. Ktoś obok rozmawiał przez telefon, uśmiechał się myślach do rozmówcy. Dzień jak co dzień!  

W pośpiechu zaparkowałam samochód w ciasnym miejscu, wbiłam się między dwa inne. Idealnie!” – myślę sobie przepełniona du udałam się w kierunku kolejki do lekarza. “Drobiazg”, mówię sama do siebie. Jak tylko wyjdę od lekarza, zadzwonię do Marka, obgadam realizację ważnego projektu, później szybki lunch, błysk-zakupy, myjnia w drodze do domu i zasłużony odpoczynek. Już za niecały miesiąc upragniony wyjazd na Sri Lankę, relaks dla ciała, ducha i zmysłów. 

Gdy z ust lekarza padły słowa: “Nie może Pani pracować w takim charakterze, jak dotychczas”, świat stanął w miejscu. Jak to nie mogę… Wszystko mogę! Projekt czeka, Marek dogrywa szczegóły, za miesiąc wakacje, rata do zapłaty, chleb trzeba kupić, buty do szewca oddać, jak to nie mogę…?  

Pierwsza reakcja

Jakiś bunt się odezwał, ostre wyparcie doszło do władzy, nawet atak na lekarza i pretensje do niego, że tak nie może przecież być. Kiedy tak przekonywałam bez przekonania i siebie, i lekarza, w jego oczach widziałam jakiś jeden wielki chaos i bezwład. I siebie nad aktywnie gestykulującą. Mój głos raz się łamał, by znów osiągnąć wysokie tony. A on patrzył na mnie tylko z litością, nic już nie mówił, bez słowa podsunął tylko decyzję-wyrok, która kończyła całe moje życie zawodowe jednym niewielkim papierkiem, z pieczęcią i podpisem u dołu. 

Ktoś kiedyś powiedział, że gdy chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach. Więc – choć to trudne – to, co mam na pewno, to święte teraz. Tylko teraz mogę się śmiać, cieszyć życiem, podnieść głowę do góry i docenić błękit nade mną. Tylko teraz mogę podziwiać grację lotu ptaka, poczuć rześkość powietrza na swojej twarzy, cieszyć się smakiem czarnej kawy. Nie wszystkie zmiany są przez nas oczekiwane, nie wszystkie pożądamy. Ale one są. Były i będą. A ja zawsze mam wybór: wybór mojej reakcji na nie 

I co dalej?

Mogę usiąść i zapłakać. Mogę obwinić szefa, męża i kasjerkę w banku za to, że stało się tak, jak się stało. Mogę poczuć się ofiarą nieszczęśliwego zrządzenia losu. Faktycznie tak mogę. Ale mogę też inaczej. Mogę otrzeć łzy, otrzepać kolana i zaakceptować rzeczywistość. Nie walczyć z nią, bo ona zawsze wygra. Ale przyjąć ją z pokorą i zaakceptować. 

Nauczyłam się oceniać zmianę po pewnym czasie, gdy już kurz opadnie, a emocje towarzyszące nierzadko bolesnej sytuacji nieco zblakną. Nie robię tego na gorąco, bo wiem już, że ocena tej sytuacji na zbyt wczesnym etapie tylko pogorszy sprawę. I teraz, gdy wracam myślami do trudnych momentów w moim życiu, których wcale mało nie było, widzę doskonale, że wszystkie zmiany układają się w pewien wzór, dobry dla mnie. To, czego kiedyś nie postrzegałam w pozytywnych barwach, dziś – z perspektywy czasu wygląda inaczej: łagodniej, korzystniej, lepiej po prostu.  

Dziś wiem również, że nie ma sytuacji niezależnych ode mnie. I nawet jeśli mój wpływ jest ograniczony, to zawsze (zawsze!) pozostaje mi wybór reakcji. Tego szukam, to obserwuję, nad tym mam kontrolę. Wszystko inne niech się dzieje.